piątek, 29 stycznia 2016

Mój chemiczny mózg

Chemo brain, chemo fog, post-chemotherapy cognitive impairment (PCCI), chemotherapy-induced cognitive dysfunction, chemio-mózg, chemia mózgu to różne określenia dotyczące tego samego problemu czyli funkcjonowania mózgu w chorobie nowotworowej i po chemioterapii.
Kiedy zaproponowano mi chemię, na którą ochoczo się zgodziłam (NFZ stawia), poinformowano mnie o skutkach ubocznych takiego leczenia: możliwych wymiotach, uczuciu rozbicia, gorączki, neutropenii, wypadania włosów, ewentualnej bezpłodności. Nikt natomiast nie poinformował mnie, że tak agresywna terapia zaburzy moje funkcje poznawcze. Oczywiście informacja ta nie spowodowałaby mojej rezygnacji z leczenia, bo primo: czas naglił, guz w śródpiersiu błyskawicznie się powiększał; secundo: alternatywne metody leczenia zawodziły; tertio: żadnych innych możliwości nie było.
O ile większość dolegliwości stosunkowo szybko minęła, to problem chemo brain pozostał. Tak naprawdę dopiero niedawno temat ten został nagłośniony. Wcześniej ten pochemiczny objaw był lekceważony, być może dlatego, że pacjenci dopiero po jakimś czasie orientowali się, że faktycznie coś jest nie tak, a u wielu z nich zaburzenie miało łagodny przebieg.
Przed nowotworową przygodą moje mózgowie pracowało bardzo sprawnie. Nigdy nie byłam tzw. kujonem, a wiedzę chłonęłam jak gąbka - przy czytaniu. I czytałam wówczas znacznie więcej niż teraz, przychodziło mi to łatwo, a czytając, zapominałam o bożym świecie. Aktualnie sprawa niestety ma się znacznie gorzej. Mam ogromne problemy z koncentracją. Czytanie, zwłaszcza prozy, jest dla mnie dość trudne. Moja pamięć, przede wszystkim  krótkotrwała, jest jak sito, pełno w niej luk. Przyswajanie wiedzy obecnie jest dla mnie niemałym wyzwaniem, między innymi stąd rodzi się dużo moich problemów ze studiowaniem.
O ile tzw. wena towarzyszyła mi kiedyś niemalże cały czas, to w tej chwili zdarza się raz na kilka miesięcy. Mój zmysł twórczy mocno podupadł. Dawniej rysowałam bardzo dużo, miałam więcej pomysłów, pisanie prac było prostsze. Z pewnością nie jest Wam obce uczucie ogromnej frustracji, kiedy tak bardzo chcecie się skupić, a nie możecie. Mi ta frustracja towarzyszy niezmiennie. Wieczne roztargnienie, niejasność myśli, oporne „wrzucanie mózgu” na większe obroty.
Leczenie, które przeszłam, uratowało mi życie, ale zarazem uczyniło jego jakość mocno wątpliwą. Wierzcie mi, że nie tak wyobrażałam sobie swoją przyszłość. Neurotoksyczność chemioterapii jest niestety ogromna. Chłoniak został zastrzelony, a ja oberwałam solidnym rykoszetem.
Autor pracy nt. mózgu po chemii, profesor farmakologii Daniel Silverman, wraz ze swoimi współpracownikami przeprowadzili badania na kobietach po chemioterapii. Użyli do tego PET-a, by obserwować przepływ krwi w mózgu. Następnie wyniki porównali z wynikami kobiet, które nie przeszły takiego leczenia. W mózgach tych pierwszych metabolizm w bardzo ważnym dla procesów poznawczych regionie kory czaszkowej był spowolniony. Do jakich wniosków doszedł prof. Silverman? Otóż: „(…) mózgi tych kobiet, żeby przywołać tę samą informację, pracowały zdecydowanie ciężej niż mózgi kobiet nie poddawanych nigdy chemioterapii”. Badacze sugerują, że takie zaburzenia funkcji poznawczych mogą się utrzymywać do 10 lat. Najnowsze badania wskazują, że nie tylko chemioterapia może mieć wpływ na powstawanie zjawiska chemo brain, a także inne czynniki, m.in. stres. Ludzie chorujący na nowotwór, doświadczają ogromnej traumy i strachu przed utratą swojego życia, co jest całkowicie zrozumiałe. Doktor Stephanie Reid-Arndt z University of Missouri twierdzi, że „pasywne strategie radzenia sobie ze stresem, takie jak zaprzeczenie, brak zaangażowania czy bezradność, znacznie przyczyniają się do pojawiania się chemio-mózgu.”
Nie oznacza to, że każdy pacjent leczony chemią, będzie miał tę przypadłość. Dotyczy to jednak przynajmniej 25% osób po takiej terapia.     
      
Jak sobie z tym radzić? Po pierwsze nie myślcie sobie: „o dostanę chemię, przez resztę życia będę debilem”. Ja nie twierdzę, że po chemii moje spojrzenie jest niezmącone inteligencją czy, że wyraz mojej twarzy zrobił się jakiś taki, kurwa, tępy. Jest po prostu trudniej, ale bądźmy dla siebie wyrozumiali w tej kwestii. Myślę, że najbardziej efektywne będzie pobudzanie mózgu do pracy, stopniowe ćwiczenia pamięciowe i czytanie, czytanie przede wszystkim. Stopniowo, małymi kroczkami szare komórki w końcu zaczną współpracować. Nie zniechęcajcie się. Doskonale wiem, jak bardzo jest to demotywujące i frustrujące, ale niestety życie po chorobie to takie trochę uczenie się wszystkiego od nowa. Nasz organizm nie jest już taki sam, inaczej funkcjonuje, potrzebuje więcej czasu na odpoczynek i regeneracje. Musimy samych siebie traktować z ogromną cierpliwością. Ja wciąż się uczę. Im więcej czasu mija od leczenia, tym więcej dostrzegam zniszczeń w moim organizmie. Serce sfatygowane jak u 70-latka, jedno płuco nieaktywne, po wejściu na 3 piętro dyszę jak parowóz, stawy w kolanach przy bieganiu leżą i kwiczą. Brzmi okropnie, co?

Ale, czytacze drodzy, jakby marnie nie było, to wciąż życie i mimo, że wiele razy na nie klęłam, to zdecydowanie wolę BYĆ.