środa, 5 czerwca 2013

Hołd wojownikom

Hej!
Chłoniaczek od dwóch dni jest pieczony, grillowany lub jak kto woli naświetlany.
Z solarium muszę skorzystać 17 razy. 
Radioterapia jest całkowicie bezbolesna, moja rola ogranicza się do umoszczenia na łóżku, lokując główkę na woskowej, twardej podusi i nieporuszania się przez jakieś 5 minut. 
W ciągu tych 5 minut łóżko jeździ to w górę, to w prawo, to w lewo, a wokół niego tajemnicze promieniujące maszyny. 
Absolutnie nie czuję lądujących we mnie dawek promieni. Skutki uboczne pojawią się w niedalekiej przyszłości, ale póki ich nie ma, dobrze jest.
Morfologia nie jest zła, ale mogłaby być lepsza. Granulocyty nieco kuleją. 
Nie wiem czy wspominałam, ale jestem naświetlana w Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie przy ulicy Wawelskiej 15 i placówkę tę mogę polecić każdemu, fachowy personel, wszystko załatwiane jest szybko i praktycznie od ręki. Zajmuje się mną przemiła pani doktor, która dba o swoich pacjentów w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie bagatelizuje żadnego objawu i troszczy się o samopoczucie pacjenta. 

Już w piątek ruszam na koncert Erica Claptona (hurra!) do Łodzi, więc ostatnie dni mijają pod znakiem kokainy ;) 

Ostatnio przydarzyła mi się zabawno-przykra historia. Wróciłam z Instytutu i w ramach ogólnego buntu nie miałam na głowie nic, prócz własnego mchu, gdy spotkałam tuż przed wejściem do swojej klatki dwóch uroczych chłopców, lat na oko 8-9, ewentualnie 10. 
Chłopcy musieli zatrzymać swoje rowerki, by przyjrzeć się takiemu wybrykowi natury, jakim jest bezwłosa kobieta, tudzież kobieta w ultrakrótkich włoskach. Przyglądali mi się z otwartymi szeroko paszczękami,  a chwilę potem usłyszałam za plecami krótki, acz pełen napięcia dialog:
- O, popatrz, ta pani nie ma włosów - wyrzekło pierwsze dziecię, wytrzeszczając oczy.
- NOOOOO - przytaknął zdawkowo drugi młody człowiek.

Kochani chłopcy, mam nadzieję, że nigdy nie stracicie włosów, z powodu innego, niż chęć zmiany image'u. 


Koniec dzisiejszego postu, chciałabym poświęcić Wojownikowi przez duże W.
1 czerwca odszedł mój kolega z OIOHu, wspaniały i inteligentny młody człowiek, Cezary.
Cezary walczył z podniesioną głową do samego końca z chorobą, która sieje pogrom wśród młodych ludzi - białaczką. Gdy lekarze się poddali, Czarek dalej robił wszystko, by żyć.
"Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą" - tej dewizy się trzymaliśmy.
Gdziekolwiek jesteś, jesteś zwycięzcą. Biję Ci pokłony, Wojowniku i cieszę się, że zdążyliśmy przybić sobie "piątkę". Poczekałeś na mnie wtedy, żeby się przywitać i poznać, bo mimo kontaktu internetowego, na OIOHu dzieliła nas ściana. Jutro, choć buntuję się przeciw temu, musimy się pożegnać. 
Czarku, chylę czoła przed Tobą i Twoją rodziną.


"Nie pójdę do pia­chu, gdy ktoś mi po­wie: czas umierać brachu. Nie dam się uśpić śmier­ci słowom, pójdę do gro­bu z pod­niesioną głową."



Niech każdego z nas nauczy to, że nie ma większej wartości niż życie, i że nie ma na Ziemi większego cudu nad istnienie. 
Świętujmy więc każdy dzień za stu.
Hołd wojownikom...



 







środa, 22 maja 2013

Żegnamy chłoniaka

Witam wszystkich po kolejnej długiej przerwie!
Uprzejmie melduję, że z wielkiego chłoniaka został wątły chłoniaczek o średnicy 4 mm.
Szczęśliwa posiadaczka owego robaczka postanowiła zafundować mu dodatkową atrakcję w postaci luksusowej radioterapii. 
Opalać będę się już od 4 czerwca w klinice przy ulicy Wawelskiej. 
Przygotowanie do naświetlań przeszłam, a mianowicie został mi przydzielony mój własny podgłówek - dość twarda, woskowa podusia; a także wykonano na mojej klacie odlotowe tatuaże.
Pan tatuażysta nie wspiął się może na wyżyny kreatywności, postawił raczej na minimalizm, i tak oto zostałam przyozdobiona w cztery kropki. Wyznaczają one obszar do przypiekania. 

Co u mnie?
Wiodę życie cudownie domowe i leniwe, jestem leń patentowany, więc bardzo mi to na rękę. 
Oddycham, myślę, jestem. 
Od czasu do czasu wyprowadzę się na spacer sama bądź w towarzystwie. 
Ludzie, czemu się tak na mnie patrzycie? Nie patrzcie się tak natarczywie, bo to nieładnie.

Jak widzicie, chorowanie moje dobiega końca - ileż można. Za naukę trzeba się wziąć.
W październiku startuję po raz trzeci na studia, kierunek "filologia polska jak się dostanę dziennie". Ażeby się dostać na wymarzony kierunek, 3 czerwca piszę sobie maturę rozszerzoną z języka ojczystego. Nie, nie uczę się, bo nie mam czasu. Lenistwo uszczęśliwia. Praca ponoć uszlachetnia, ale ja tam nie wiem dokładnie o co w tym chodzi. 


Jeżeli macie jakieś pytania, niezwłocznie je zadajcie.

Jeżeli chcecie zaprosić mnie na piwo, niezwłocznie mnie zaproście. 

Tymczasem życzę dobrej nocy i oczywiście zreasumuję sztampowo: DO BOJU!!!


P.S. Na koniec kilka zdjęć, kilka dobrych chwil.






Najdroższe mojemu sercu miejsce. Miejsce, w którym zawsze chce się krzyczeć 'Trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną!'. Mefistofeles zagarnąłby moją duszę już milion razy. Polecam wspaniałą lekturę 'Fausta' Goethego.


A to dzisiaj zmalowałam. Jeżeli ktoś rzuci, że to Jezus, to mówię, że owszem, Jezus polskiego bluesa. 


Cześć i czołem!


 

środa, 8 maja 2013

Mama, I'm coming home...

Witam wszystkich czytelników!
6 maja udało mi się opuścić szpital, po blisko pół roku intensywnego leczenia obrzydliwą chemią. 
Bardzo długo nie wrzucałam żadnego posta z prostej przyczyny - psyche powiedziała "dość!".
Niestety, pomimo jak największych starań, okazało się, że jestem tylko człowiekiem. 
Ból, tęsknota za bliskimi, poczucie odizolowania i zamknięcia sprawiły, że wojownicza natura powoli gasła, by wijąc się w konwulsjach, zgasnąć. 
Na szczęście dzięki dobrym wynikom i mojej pani dr prowadzącej, wyszłam w idealnym momencie, szybko znalazłam się u swojego lekarza psychiatry, a teraz dochodzę do siebie i wypoczywam, bo szpital wycisnął ze mnie wszystkie siły.

"Here I come , But I ain't the same..."

Oczywiście walka toczy się dalej! 
Niebawem przyjmę ostatni raz koleżankę Mabtherę i będę miała wykonaną tomografię komputerową. Wtedy zobaczymy jak cała seria rakiet zniszczyła chłoniaczka.

Teraz cieszę się wspaniałym powietrzem, oddycham, żyję i czuję jak się powoli odradzam.
Wszystkim, którzy wspierali mnie w trudnych chwilach, dziękuję. Za dobrą energię, dobre słowa, dobre kopniaki :) 

I nie myślcie sobie, że ta historia się smutno kończy, bo zasadniczo to humor mi już wraca, a jeszcze tyle atrakcji przede mną, m.in. radioterapia- solarium za darmo, intensywnie, pięknie i rumiano.
Już czuję swąd pieczonego chłoniaka. Sezon na grillowanie czas zacząć! 


Pozdrawiam wszystkich baaaaaaaaaaaaaardzo mocno i powracam do słodkiego lenistwa!

p.s Kupię jałowe powietrze! pilnie! iiii z tego miejsca pozdrawiam Maćka! 

p.s 2 MAAAAAARTUSIA TĘSKNIĘ!!! KAPSLE CZEKAJĄ!!!

p.s 3 Kocham moją Mamę najbardziej na świecie!!!!!! Mama ma moc!!!!




 

czwartek, 25 kwietnia 2013

Nikt nie mówił, że będzie łatwo

Witam po kolejnej długiej przerwie wszystkich wojowników.
Cóż mam na swoją obronę? Ano nic chyba właściwie.
Drinkowanie przebiegało w krainie morfiny - sami rozumiecie - trochę inny świat.
Niestety wyniszczony organizm łatwo poddawał się silnym bólom, przy których zwyczajnie napisanie takiego oto posta, było dla mnie awykonalne. Wybaczycie? Musicie wybaczyć, bo dla Was- DLA NAS wszystkich zacisnęłam zęby i przetrwałam ją! Pokonałam cały GMALL. Caluteńki intensywny oraz agresywny rodzaj leczenia. Ja - chuchro w marnym wydaniu. UDAŁO SIĘ.
Gdyby tu był Piotruś Pan, to ze szczęścia byśmy się poobijali o ściany! A tak to sama się obijam :)

To nie ostatnia wspaniała wiadomość, w sobotę 20 kwietnia moja Martusia Ostra Białaczka Szpikowa została przeszczepiona :) Miałyśmy to szczęście, że leżałyśmy cały czas razem. Mam nawet zdjęcie z pustym już pojemniczkiem po 'nowym życiu' Marci, ale kiedyż ja je otrzymam, to doprawdy nie wiem. Aby uświadomić ludzi nieświadomych sam przeszczep trwał może 20 minut, zleciał sobie kropłówką wprost do Martusiowych żył i dał jej szansę na całkowicie normalne życie, szansę na zdrowie. Był to dla nas cudowny dzień - sen się w końcu ziścił. Z tego wariactwa postanowilyśmy oddać trochę jedzenia naszym rodzinom, bo zrodziła się w mojej głowię myśl, że pewnej niepozornej nocy przeleżałe jedzenie może dostać rąk i nóg i nas zwyczajnie pożreć.
To by było żałosne: była sobie Martyna chora na chłoniaka, a zjadł ją 7days.

Cudownie wiedzieć, że ludzie z OIOHU wychodzą i nie jest to bynajmniej czczą legendą. Chciałabym serdecznie pozdrowić Cezarego i Maćka, dalej się nie poznaliśmy, ale mam nadzieję, że śledzicie mojego bloga ;) i mamę Cezarego pozdrawiam! Nie gniewajcie się, że nie odpisuję gęsto i często na komentarze, ale ja po tej chemii jestem świr totalny. Ja też za tydzień, mam nadzieję, wyjdę. Potem za jakiś czas Marta from Canada ze szpikiem, którego oryginalnie nazwała Marta, hahaha. A potem to już pamiętajcie: sterylna mega impreza i bez wykrętów! :)
I niech nam zazdroszczą, żeśmy tacy jałowi ;)

 Kochani, Kochani, mamy godzinę wspaniałą 1, zjadłam chyba za dużo biszkopcików. 
Zeszłej nocy dostałam ostrej gorączki, bo 39 stopni, a i telepało mną jak osiką na wietrze.
Niestety kiepsko znoszę gorączki, majaczyłam trochę mojemu Patrykowi do telefonu, ale nie różniło się to bardzo od normalnego gadania, bo nie zwrócił uwagi. A no i okazało się, że mój termometr owszem działa - wtedy, kiedy jest gorączka. Cały czas posądzałam go o niedziałanie. Trzeba będzie się przeprosić. Dzisiaj z rana niestety też wysoka gorączka i straszne dreszcze, okropnie szczękałam zębami, zrobiono mi posiew, dostałam pyralginę, dwa antybiotyki i od tamtej pory na morzu jest cicho i spokojnie,
W ramach przyjemnych niespodzianek, przetoczono mi dzisiaj dwa worki krwi, za co bardzo dziękuję wszystkim dawcom, bo łaziłam już, mam wrażenie, po ścianach, a słaniałam się po podłogach, parę razy zdarzyło się upaść. 100krotne dzięki, jesteście wspaniali! Oby więcej takich ludzi!
Tym samym zachęcam oczywiście do oddawania krwi, płytek, komórek macierzystych, osocza - to absolutnie nic nie boli, przysięgam na mojego chłoniaka. I zostańcie dawcą szpiku. Zobaczcie, jak cudownie poszczęściło się mojej Marcie- odnalazła swojego bliźniaka genetycznego, dzięki któremu może żyć! Nie chcielibyście móc przekazać tak bezcenny dar swojemu bliźniaczemu rodzeństwu?
To jest taki niewielki gest pod względem ilości włożonego wysiłku, a tak OGROMNY w skutkach.
To dobro powinno wciąż płynąć dalej i dalej... Armio, działajcie, nie stójcie, nie patrzcie, a działajcie.


A co do moich wyników, to jestem nieco w dołku, ale tylko dlatego, żeby z niego wyjść i móc ruszyć po półroku konkretnego szpitalingu, do domu. Do wszystkich wspaniałości tego świata.
Przypominam więc, że już mogę powiedzieć, że Martyna Pierwotny Chłoniak Śródpiersia przyjęła na siebie 6 bomb atomowych GMALLA i ŻYJE, co więcej, czuje się nieźle. Teraz poczekajmy tylko, aż moja dr prowadząca wróci z urlopu (nastąpi to w poniedziałek) i będziemy ustalać tomografię komputerową, która pokaże nam, jak się miewa zwierz mój udomowiony chłoniak. Może nie ma go już wcale, a my wciąż się nim zajmujemy :) Ja jednak obstawiam, że lymphomka będzie do dopalenia czyli darmowe solarium na radioterapii. Dobrze, rumieńców złapię ;)

Kończę ten uroczy post, jednak nocami piszę mi się najlepiej, ściskam wszystkich mocno i pozdrawiam, Wojownicy, korzystać z tej wiosny! ja czuję jak się odradzam nawet przez sterylne ściany i okna, magia jakaś!


P.S. Czarna dzisiaj próbowała mnie edukować w zakresie wiedzy o pozycji w jakiej pacjent powinien przebywać do otrzymywania leków, chciałabym zauważyć, że to jedyna mądralińska, która wpadła na coś takiego. W dodatku każe się przysuwać niebezpiecznie blisko tak, że muszę wstrzymywać oddech, aby przeżyć. Innym siostrom nie przeszkadza, że leżę czy drzemię czy siedzę przy komputerze. Ale nie. Czarna zawsze znajdzie powód do mądrzenia się. Potraktowałam ją jednym z tych spojrzeń, w których wiecie, litujecie się nad osobą, spalającą świetny dowcip. Właściwie od jakiegoś czasu raczę ją tym spojrzeniem. A dzisiaj jeszcze dorzuciłam wymowne YHY i... zajęłam się komputerem :) Bidusia pewnie mało dziś zjadła to i odgryźć się chciała. 
Podjęła potem mały odwet, jak to ona, i zostawiła mi cały zakrwawiony opatrunek, mimo moich upominań. Ale na szczęście są sprytniejsze od niej i zajęła się tym po 5 minutach kochana siostra Danusia, powiadając co chwila "o matko". Nie sprzedałam jednak Czarnej, bo wieprzowina słabo teraz stoi. 



To by było na tyle, trzymajcie się cieplutko i korzystajcie z cudownego życia, ja niedługo wracam do gry! Do BOJU!!!










 
 

środa, 17 kwietnia 2013

Methotrexat

Witajcie wojownicy!
Oficjalnie trucie chemią możemy uznać za rozpoczęte. Lecą torpedy na chłoniaka. Na sam początek najmocniejszy strzał, mocno wyniszczający mnie, jak i mojego zwierzaczka - Methotrexat. Na sam widok tego sojusznika, żołądek mi się ściska. Ale trzeba okazać respekt - on ma moc.
Jeżeli lymphoma cierpi teraz tak samo jak ja, to nie współczujmy jej bynajmniej. 
Ja niestety jestem już dość mocno podniszczona poprzednimi chemiami, mimo że ponoć niezły ze mnie zawodnik, jeśli chodzi o wytrzymywanie Gmalla (mojej metody leczenia).
Nie upiłam się dość mocno, a już męczy mnie obrzydliwy ból głowy.
Modlitwy moje całodzienne zostały jednak wysłuchane i na obchód przyszedł lekarz - zbawienie czyli Doktor Odlotowy. Pożaliłam mu się trochę na te moje bóle głowy, pokiwaliśmy ze zrozumieniem i poprosiłam Doktora Odlotowego o Dolargan na 22 z adnotacją do sióstr "wszelkie pytania proszę kierować do mnie". Pożegnaliśmy się z Doktorem Odlotowym, ustalając, że będziemy w kontakcie - tu zrobiliśmy gest dłonią, oznaczający telefon.  Założę się jednak, że nie obejdzie się bez klasycznego, najbardziej idiotycznego pytania, jakie można zadać na tym oddziale, a mianowicie "a czemu boli cię głowa?" Właśnie kombinuję jakąś dowcipną odpowiedź w swojej głowie, bo wartę nocną pełni dziś pies Baskerville'ów czyli CZARNA. Pozwólcie, że przytoczę pewien cytat: "był to pies - czarny jak węgiel, olbrzymi - taki, jakiego dotąd nie widziały oczy żadnego śmiertelnika. Z jego otwartej paszczy buchał ogień, ślepia żarzyły się jak węgle, a po całym jego ciele pełzały migotliwe płomyki. Nigdy nawet w majaczeniach chorego umysłu nie mogło powstać nic równie dzikiego, przerażającego, szatańskiego, jak ten czarny potwór, który padł na nas z tumanów mgły."
 Parę informacji ode mnie: tumany mgły możemy tłumaczyć jako jałowe powietrze, które otacza nas w naszym nieszczerze sterylnym pokoju, reszta to wiadomo kto jest kim. 
Co do wyników moich badań, to chętnie bym o nich coś opowiedziała, ale niestety asystentka doktora palanta, wyrecytowała je tak szybko, że zdążyłam zamrugać bezrzęsnymi oczami, a już ich nie było. Jutro będę ich męczyć, dopóki nie odpowiedzą na wszystkie moje pytania, a szanowny doktor nie wpisze mi w zlecenie parę użytecznym leków na kaca. 
Co do mojego samopoczucia, to czuję się świetnie, piję wody ile wlezie, żeby wypłukać methotrexat jak najszybciej, co skutkuje wizytami w łazience przeciętnie co 15 minut. Ale co mi tam, przynajmniej się trochę rozruszam z moim przyjacielem stojakiem.

Kochani, wciąż apeluję do oddawania krwi, płytek, komórek macierzystych i szpiku, macie moje słowo, że to nic nie boli, a NAPRAWDĘ ratuje życie nam - chorym. Nic Was to nie kosztuje, wystarczy wstać i udać się do najbliższego punktu krwiodawstwa czy Banku Dawców Szpiku i to zrobić. Ja niestety nie mogę, a chętnie bym pomogła, do końca życia będę jednak zdyskwalifikowana przez przebytą chorobę. 

Pamiętajcie również o regularnych badaniach krwi i rtg płuc - licho nie śpi.
A póki co, cieszmy się życiem, bo jest WSPA-NIA-ŁE!!! 
I wszystkim dziękuję - tylko tyle mogę.


P.S Martuś, trzymaj się, wiem, że leżę obok, ale mam nadzieję, że wszyscy czytelnicy również Cię wesprą w swoich myślach. UDA SIĘ! bo? MUSI SIĘ UDAĆ! 

Wojownicy, do boju!!!











wtorek, 16 kwietnia 2013

Ostatnia chemia, Mabthera.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, jak mówi angielskie przysłowie. Smakowita chemia, owoc życia, niestety i u mnie ma swój ostatni etap. 
Na dzień dzisiejszy przybijam sobie piątkę z Mabtherą - starą znajomą od wspólnych drinków.
Na dzień jutrzejszy umówiłam się z Winkristiną, Methotrexatem i innymi przyjaciółmi,                którym zawdzięczam tygodniowe kace i inne atrakcje.
Co u nas, na Oiohu - pytacie. Okna wciąż szczelnie zasłonięte, w sali piździ, ewidentna zima.
Ja sama "Leżę, leżę, czuję się świetnie...", parafrazując znaną piosenkę Maanamu. 
Wczoraj zaznałam wielkiego szczęścia. Opatrunek zmieniał mi mój ulubieniec Czarnuch zwany również Czarną, która naukę tej sztuki, zaczęła chyba od mojej osoby. Kazała mi zdjąć koszulkę, żeby nie dotknąć, cytuję, "tym na ten". Znaczy się niejałową koszulkę mam, proszę wybaczyć, Mama w eterze jeszcze nie pierze. Siostra o złotym sercu i jałowym umyśle, stworzyła na mojej klatce istne dzieło, obklejając moje odparzenia na nowo plastrami z każdej strony, coby się dobrze trzymało. Na szczęście - jutro kolejna zmiana opatrunku, może trafi się ktoś bystrzejszy.
Wczoraj również prawie znów zagraliśmy w zabawę pt. czemu Martę boli wkłucie?
Marta tłumaczy Czarnej łopatologicznie, że boli ją to i to, wskazując na konkretne miejsca. Czarna kiwa głową, udaje, że myśli, po czym odpowiada "no czasami tak jest, no ale czemu boli, to ja nie wiem". My nie wiemy też. Zwracam się z uprzejmym zapytaniem, czemu boli, kiedy boleć nie powinno?
Co do moich wyników, to doktor odbierając telefon, odwrócił się i powiedział "bardzo dobre". Trochę mnie to dziwi, bo od jakiegoś czasu mam porządne zawroty głowy, ale jak mam wyniki bardzo dobre, to najwyraźniej nie ma powodu do niepokoju. 
A niestety z moim nowym prowadzącym doktorem zwanym palantem, mistrzem ciężkiego dowcipu, przyjdzie użerać mi się bite dwa tygodnie, dopóki moja pani doktor, zwana wśród znajomych zero empatii w skrócie ZE,  nie powróci z urlopu.  
Czekamy, czekamy.

Dzisiaj Mabthera szybko zleciała, w ramach bonusów dostałam dwa paracetamole i zyrtec (już chyba kiedyś wspomniałam, gdzie OIOH może sobie wsadzić paracetamol? no, to moje stanowisko się nie zmieniło).

Później na obchodzie był dr Mądry, którego mądrości nie oceniajmy przez pryzmat nazwiska, a faktycznie mądry z niego lekarz, zapytałam go czy mają w swoich zasobach coś mocniejszego na sen niż lorafen 2,5 mg, którego, notabene, dopiero potrójna dawka na mnie działa, lecz niestety nic takiego nie mają, a jak mają, to pewnie nie dają, ot takie moje zdanie. Ale muszę o to jeszcze koniecznie spytać dr Odlotowego. 

Dzisiaj wpadł do nas na chwilę mój prześladowca dr. Bojakowski, żeby przekazać pozdrowienia od dr. Kuby Sienkiewicza (dla nieświadomych- wokalista Elektrycznych Gitar).
Ucieszyłam się bardzo, bo jak już wspominałam może, moje serce jest jak pies... daj mu jeść..
Doktorze, Kubo - stokrotne dzięki !

Waleczni, zapraszam jutro na Methotrexat, popijemy, starczy dla każdego, do usłyszenia jutro! 
Do boju, armio, do boju!

P.S. Wszystkim - dziękuję... oby to dobro wróciło do Was.

I wybaczcie, jeśli nie odpisałam na jakąś wiadomość czy komentarz, ale mam po chemiach ogromne problemy z pamięcią, więc działa to tak, że odczytuję i zamiast odpisać od razu, odkładam i zapominam. Przepraszam! Postaram się to zmienić! 









 

czwartek, 11 kwietnia 2013

W krainie morfiny

Witam wszystkich wojowników po stu latach niepisania!
Musicie mi wybaczyć, ale nie dość, że totalnie nic ciekawego się tu w moim szpitalnym zaścianku nie działo, to i ja czas ten trochę przedrzemałam. 
Niestety przyszło mi walczyć z bardzo niefajnymi bólami głowy, a w ramach szpitalnego eksperymentu testowaliśmy leki, które mogłyby przynieść mi ulgę.
Leciała Pyralgina ( ha ha - odrzekła głowa moja), Tramal 100 mg ( próbujcie dalej), aż w końcu gość wieczoru Dolargan 50 ml (głowa kiwa zachęcająco). Skoro szanowna moja głowa postanowiła boleć przez parę dni z rzędu, szybko zyskałam miano naczelnej narkomanki. Oczywiście wyrozumiałe siostry uświadamiały mnie milion razy, nim zadzwoniły do lekarza, czy aby na pewno wiem, że to lek silnie uzależniający i czy nie lepiej może byłoby wziąć paracetamol i poczekać. 
Czasami zastanawiam się, co niektóre z nich robią na tym oddziale i czy po tylu razach trudno się nauczyć, że po chemii człowiek może miewać bóle najróżniejszej maści i o najróżniejszym natężeniu.
Dzięki ich ospałości chory leżący na OIOHu leku może doczekać się nawet dopiero po dwóch godzinach. Przez ten czas pozostaje mu wyć do księżyca albo, za przeproszeniem oczywiście, jebnąć się stojakiem w głowę. 
Od razu na usta ciśnie mi się piosenka kultowego, zresztą, zespołu Brygada Kryzys pt. Centrala,
która chyba powinna lecieć w oiohowskich głośnikach "Czekamy, czekamy; czekamy, czekamy..." 

Dni mijały błyskawicznie, aż wreszcie przyszedł czas na wypalenie śluzówek. Miałam cichą nadzieję, że jak przy poprzedniej chemii, tak i przy tej, uda mi się tego uniknąć, jeżeli podczas drinkowania chemii, będę równocześnie wlewać w siebie hektolitry wody. Niestety - nie tym razem. 
Śluzówki przepaliło mi do tego stopnia, że połykanie śliny sprawiało mi wielki ból. I znowu próby szukania odpowiedniej 'tarczy' dla wojowniczki. Tramal podlec jeden zawodzi po raz kolejny. No to może plasterek? Tym razem się poddaję i godzę na plasterek, choć przy poprzednich stosowaniach wywoływał u mnie straszne wymioty. Na plecki dostaję plasterek i doraźnie dożylnie 5 ml morfiny.
Był to mój pierwszy raz z morfiną. I muszę przyznać, nie zważając na to, co ludzie myślą, że było cudownie. 
A teraz wyjaśnię czym jest plaster przeciwbólowy, bo czym jest morfina, wiecie na pewno.
Plaster przeciwbólowy to jest system transdermalny uwalniający buprenorfinę ze stałą prędkością. Ja poprosiłam o dawkę najmniejszą 20 mg i tyleż co godzinę leku uwalniało się, kojąc moją zbolałą i napuchniętą jamę ustną. Taki plasterek przykleja się na 3 dni, co wg mnie jest genialne, proste i praktyczne. Przez 3 dni bowiem nie muszę nikogo błagać ani prosić, żeby podał mi coś przeciwbólowego. Morfinę do plastra dodatkowo dostawałam wieczorami przez 3 dni, kiedy było największe apogeum bólowe. 
Naturalnie nie wszystkim siostrom się to spodobało. Gdy raz się upomniałam o morfinę, powtarzając dobitnie "bo mam zlecenie na nią", blondi w drewniakach podeszła do mnie, zapytując głupawo "morfinę? a na co to? co boli?", odpowiedziałam równie głupawo, rozwierając paszczę i pokazując palcem wyraźnie mój poraniony aparat mowy. No i nagle zażywnej blond grzywce pamięć wróciła, morfina faktycznie się znalazła, ale sposób w jaki została mi podana, daleki był od delikatności. Moje ramię zostało brutalnie chwycone, igła wbita szybko i boleśnie, morfina zapodana błyskawicznie. Hola, siostro, zwolnij! 
Nie zwolniła, wręcz przeciwnie, wyraźnie wściekła poszła dalej, stukając swoimi morderczymi drewniakami. A taka miła się wydawała kiedyś. 


Potem nadszedł czas na dół, a teraz czas na spacerek! Tak, już jutro, wychodzę na przepustkę z moim, podejrzewam, zmasakrowanym chłoniakiem. W poniedziałek wielki powrót i wjeżdżają ostatnie działa chemiczne. Wróg namierzony, niebawem odpalimy razem lont! :)

Wszystkim i każdemu z osobna dziękuję za wspaniałe komentarze, cudowne, pokrzepiające słowa.
Droga Armio, na pewno wygramy! BUZIAKI!


p.s serdeczne pozdrowienia lecą znów na łóżko obok, do Martusi, która ze stojakiem jeździ jak rasowy pirat drogowy! :)



DOOOOOO BOOOOOOOOJU!!!


 Kochani, oddawajcie krew, to nic nie boli, a mi i osobom z mojego oddziału ratuje życie!