wtorek, 6 sierpnia 2013

ABROGACJA

Witam,
kiedy leżałam w szpitalu, pochłaniałam ogromne ilości popularnego soczku Tarczyn.
Może nie wiecie, ale przy każdej buteleczce na odwrocie nakrętki, znajduje się trudny wyraz.
Za namową Martusi, zbierałam te nakrętki, które obecnie pysznią się w szklanej kuli.
Słowo na dziś: ABROGACJA- odwołanie, zniesienie, uchylenie wyroku.

Ad publicandam
Specjalistom z pewnego "uzdrowiska" (pozostawiam miejsce na domysły), pragnę dziś przekazać, że ABROGUJĘ wszelkie wyroki, jakie wydaliście na pacjentów, którzy mogliby dzisiaj cieszyć się życiem razem ze mną.
Znoszę każdy wyrok, bo żaden medyk-karierowicz nie będzie mówił ani mi ani żadnemu Wojownikowi, ile może żyć. 
Piszę to ja - dla niegodnych uczniów Hipokratesa - chłoniak.
Gdybym była złośliwa bardziej niż jestem, to wykitowałabym, żeby wam popsuć STATYSTYKI.

Wszystkim renegatom, apostatom, zdrajcom własnych słów; oświadczam, że możecie sobie wsadzić głęboko w dupę leczenie podtrzymujące.


Powracając na dobrą stronę, kłaniam się nisko wszystkim, którzy udostępniają, pytają, szukają, podsyłają mi informacje na temat leczenia ostrej białaczki szpikowej.
Mój rozpaczliwy apel jest wciąż aktualny! Proszę dalej o pomoc!
Wszelka wiedza może się przydać! Być może znacie jakieś zagraniczne ośrodki, specjalizujące się w rozmaitych chwytach przeciwko chorobie nowotworowej. Być może słyszeliście o nowatorskich, eksperymentalnych metodach leczenia białaczki. Puszczajcie to dalej w obieg, dobre duszyczki, sprawa jest poważna, ale nie możemy się poddać! Razem nam się uda! MUSI SIĘ UDAĆ!

Moja Wojowniczko, przekonałam się empirycznie, że Ty i Twoja postawa potrafią zdziałać cuda. Widziałam, jak zwalczasz wszystkie przeszkody, raz za razem!
Dałaś mi tyle siły, ile nie dałoby 100 osób! Teraz jestem z Tobą, ja i cały mur wspaniałych ludzi, Wojowników. I wszyscy mamy wiarę, że się uda.
Kiedyś miła duszyczka powiedziała mi, że "jeszcze będzie przepięknie" i zobaczysz, Martusiu, "jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie!" .

Przesyłam Tobie i Twojej wspaniałej Rodzinie mooooooooooooc buziaków, uścisków, ukochań i główki do słońca, damy radę!

DO BOJU!!!










piątek, 2 sierpnia 2013

POMOC pilnie potrzebna!

Witajcie, dobre duszyczki!
Do napisania postu szykowałam się już od dawna, ale niestety tym razem nie będziecie mieli okazji czytać moich wypocin.

Piszę z PROŚBĄ O POMOC!!!

Bardzo pilnie potrzebuję kontaktu do jakiejś osoby, która jest wysoko postawiona w NFZ.
Chodzi o zgodę na leczenie alternatywne. 
Jak wiemy, biurokracja potrafi zabić człowieka przez niepotrzebne zwlekanie, dlatego apeluję do każdego, kto to przeczyta! Jeżeli znacie taką osobę, a może jesteście taką osobą, a może znacie osobę, która zna taką osobę, to koniecznie napiszcie do mnie na adres e-mail martyna.zieba@o2.pl

Jeżeli znacie wszelkie alternatywne możliwości leczenia ostrej białaczki szpikowej, to także napiszcie koniecznie.

Jeżeli znacie najlepszego onkologa i hematologa, który łapie się każdej metody leczenia, bez względu na prognozy, to także napiszcie do mnie.

Jeżeli macie także zagranicznych przyjaciół, którzy mają kontakt do najlepszych lekarzy, stosujących owe metody, również, błagam, napiszcie.

Pomożecie mi również, jeżeli puścicie tę informację w obieg.
Jest to bardzo ważne i naglące!
 Nie chodzi bynajmniej o mnie, lecz o wspaniałą Wojowniczkę, za którą gotowa jestem podpisać cyrograf z diabłem. 


Ja - chłoniak - czuję się bardzo dobrze, nie dolega mi nic, czekam tylko na badanie PET, które będę miała pod koniec sierpnia, i które pokaże czy w moim organizmie są nadal aktywne komórki nowotworowe. Ale jak wiemy, takowych na pewno nie będzie, bo i nie są nam one wcale potrzebne.


Póki co, BŁAGAM o POMOC dla mojej PRZYJACIÓŁKI i najdzielniejszego człowieka, jaki stąpa po tej kuli ziemskiej. 
Najsilniejsza z wszystkich, UDA SIĘ! MUSI SIĘ UDAĆ!

 DO BOJU!!!!!!!!

 tu mały fuck w stronę leukemii i lymphomy!




Już wspominałam, zdaje się, kiedyś, że nas nie pokonacie? Nie dacie nam rady!


Z uśmiechem na ustach, WALCZYMY!
DO BOJU!!!


"Co zbawienie nam, czy piekło!
   Byle życie nie uciekło!
   Jeszcze będzie czas umierać!
   Żyjmy tu i teraz!"








Reasumując bardzo Was proszę o pomoc, puszczajcie to dalej w obieg, razem damy radę                  z  wszystkim!  
Martusia, jakbyś to powiedziała, cytując swoją siostrę Kasię: "FOK im w DOK" ! :)

Jestem z Tobą i z Twoją rodziną!

środa, 3 lipca 2013

Naznaczona



Drodzy czytelnicy, jeżeli takowi jeszcze są.


Szeregowa Martyna Primary Mediastinal Lymphoma uprzejmie donosi, że żyje, co więcej, cieszy się niezłym zdrowiem, jak na osobę chorą. Chora Martyna jest zdrowa. I nagle „zdrowie” zaczyna być pojęciem względnym, prawda?

Ostatnimi czasy uskuteczniałam opalanie w wersji hard, tzn sielankową radioterapię. 
Tak, sielanka! Naświetlania zniosłam bardzo dobrze, męczące było dla mnie jedynie rutynowe dojeżdżanie do Instytu przez ponad 3 tygodnie. 

Nie przeszkodziło mi to bynajmniej w wyjeździe do Łodzi, na koncert pewnego boskiego wirtuoza, jakim jest Eric Clapton. To było WYDARZENIE. Ze smaczkiem wspominam widok cudownie zręcznych palców Claptona, błądzących po strunach; dłoni, dzięki którym mogłam doświadczyć swoistego muzycznego katharsis.
Nie będę relacjonować reszty moich doznań. Co przeżyłam – to moje. 

Ad rem, moi wspaniali.
Jestem człowiekiem naznaczonym – dosłownie. Wiele osób z pewną dozą ciekawości przygląda się fikuśnym kropkom, zdobiącym przypieczoną na chrupko klatkę piersiową. Niewielu natomiast wie, co one oznaczają. Mogą jedynie przypuszczać, że takiemu dziewczęciu zabrakło fantazji u tatuażysty, więc zażyczyła sobie kropkę „Tu! Tu! O! I jeszcze tutaj!”.  

Ale swój pozna swego. Przekonałam się o tym, kupując róże w kwiaciarni. Pani florystyka zawiązując wstążeczkę na kwiatkach, badawczo zerkała to na chustkę, zdobiącą moją głowę; to na ‘znaki’ znajdujące się na mojej klatce, które – chcąc nie chcąc – trochę widać, i które ja notorycznie zapominam zasłonić.
- Przepraszam, że ja będę taka niedyskretna, ale pani jest taka młoda, a widzę, że tu na dekolcie ma pani mapkę… - nieśmiało zagaiła miła pani.
- Do radioterapii – dokończyłam, uśmiechając się.
- Tak, do radioterapii. Bo widzi pani, ja też chorowałam, mając 26 lat. I też byłam naświetlana.  – tu wskazała swój dekolt, i dopiero dostrzegłam nieco wyblakłe już znajome kropki. – Znajomi mówili, że można to usunąć, ale jakoś darowałam sobie. Śmieję się czasem, że w pewien sposób jestem…
- Naznaczona – pokiwałam głową, wpadając pani w słowo.

Spotkanie to pokrzepiło mnie w jakiś sposób, bo… razem jest nas wielu, NAS nie pokonacie.
Mówię tu do nowotworów, jeżeli mogę sobie pozwolić na taką personifikację.

Na ciele mam wiele blizn pochorobowych, wspomniane wyżej tatuaże. Pamiątki po mediastinoskopii, biopsji czy wkłuciu centralnym.
Jednak największą blizną, jaką jesteśmy naznaczeni my – chorzy, to ślad po chorobie, tkwiący gdzieś głęboko w psychice. To jest prawdziwe brzemię. Brzemię, która powraca w najgorszych koszmarach.
I ja często wracam w snach do miejsca, w którym spędziłam pół roku. W tych snach nigdy nie mogę wyjść z pokoju, w którym leżałam. Tak było w istocie.
Naprawdę sporo czasu zajęło mi przekonanie samej siebie, że jestem już w domu, że nie leżę już w szpitalu.
Ale znakomity czas, choć sporo osób broni się przed tym stwierdzeniem, leczy rany.

Teraz jestem wolna, dalej szybuję przez życie, zatrzymując się co jakiś czas na odpoczynek.
I choć w piątek mam kontrolę w umiłowanym przeze mnie sanatorium na Banacha, to TERAZ szybuję dalej. 
Ważna jest bowiem chwila, która trwa.



Ściskam wszystkich serdecznie.
Wojownicy,  nie poddawać się! Głowa do góry! Walczymy dalej o każdą chwilę!
I pamiętajcie, że
razem jest nas wielu. Nas nie pokonacie!
DO BOJU!!!

P.S.
Jeżeli potrzebujecie pozytywnej energii, zachęcam do pisania do mnie. Chętnie porozmawiam z każdym, może pomogę w jakikolwiek sposób. 






środa, 5 czerwca 2013

Hołd wojownikom

Hej!
Chłoniaczek od dwóch dni jest pieczony, grillowany lub jak kto woli naświetlany.
Z solarium muszę skorzystać 17 razy. 
Radioterapia jest całkowicie bezbolesna, moja rola ogranicza się do umoszczenia na łóżku, lokując główkę na woskowej, twardej podusi i nieporuszania się przez jakieś 5 minut. 
W ciągu tych 5 minut łóżko jeździ to w górę, to w prawo, to w lewo, a wokół niego tajemnicze promieniujące maszyny. 
Absolutnie nie czuję lądujących we mnie dawek promieni. Skutki uboczne pojawią się w niedalekiej przyszłości, ale póki ich nie ma, dobrze jest.
Morfologia nie jest zła, ale mogłaby być lepsza. Granulocyty nieco kuleją. 
Nie wiem czy wspominałam, ale jestem naświetlana w Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie przy ulicy Wawelskiej 15 i placówkę tę mogę polecić każdemu, fachowy personel, wszystko załatwiane jest szybko i praktycznie od ręki. Zajmuje się mną przemiła pani doktor, która dba o swoich pacjentów w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie bagatelizuje żadnego objawu i troszczy się o samopoczucie pacjenta. 

Już w piątek ruszam na koncert Erica Claptona (hurra!) do Łodzi, więc ostatnie dni mijają pod znakiem kokainy ;) 

Ostatnio przydarzyła mi się zabawno-przykra historia. Wróciłam z Instytutu i w ramach ogólnego buntu nie miałam na głowie nic, prócz własnego mchu, gdy spotkałam tuż przed wejściem do swojej klatki dwóch uroczych chłopców, lat na oko 8-9, ewentualnie 10. 
Chłopcy musieli zatrzymać swoje rowerki, by przyjrzeć się takiemu wybrykowi natury, jakim jest bezwłosa kobieta, tudzież kobieta w ultrakrótkich włoskach. Przyglądali mi się z otwartymi szeroko paszczękami,  a chwilę potem usłyszałam za plecami krótki, acz pełen napięcia dialog:
- O, popatrz, ta pani nie ma włosów - wyrzekło pierwsze dziecię, wytrzeszczając oczy.
- NOOOOO - przytaknął zdawkowo drugi młody człowiek.

Kochani chłopcy, mam nadzieję, że nigdy nie stracicie włosów, z powodu innego, niż chęć zmiany image'u. 


Koniec dzisiejszego postu, chciałabym poświęcić Wojownikowi przez duże W.
1 czerwca odszedł mój kolega z OIOHu, wspaniały i inteligentny młody człowiek, Cezary.
Cezary walczył z podniesioną głową do samego końca z chorobą, która sieje pogrom wśród młodych ludzi - białaczką. Gdy lekarze się poddali, Czarek dalej robił wszystko, by żyć.
"Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą" - tej dewizy się trzymaliśmy.
Gdziekolwiek jesteś, jesteś zwycięzcą. Biję Ci pokłony, Wojowniku i cieszę się, że zdążyliśmy przybić sobie "piątkę". Poczekałeś na mnie wtedy, żeby się przywitać i poznać, bo mimo kontaktu internetowego, na OIOHu dzieliła nas ściana. Jutro, choć buntuję się przeciw temu, musimy się pożegnać. 
Czarku, chylę czoła przed Tobą i Twoją rodziną.


"Nie pójdę do pia­chu, gdy ktoś mi po­wie: czas umierać brachu. Nie dam się uśpić śmier­ci słowom, pójdę do gro­bu z pod­niesioną głową."



Niech każdego z nas nauczy to, że nie ma większej wartości niż życie, i że nie ma na Ziemi większego cudu nad istnienie. 
Świętujmy więc każdy dzień za stu.
Hołd wojownikom...



 







środa, 22 maja 2013

Żegnamy chłoniaka

Witam wszystkich po kolejnej długiej przerwie!
Uprzejmie melduję, że z wielkiego chłoniaka został wątły chłoniaczek o średnicy 4 mm.
Szczęśliwa posiadaczka owego robaczka postanowiła zafundować mu dodatkową atrakcję w postaci luksusowej radioterapii. 
Opalać będę się już od 4 czerwca w klinice przy ulicy Wawelskiej. 
Przygotowanie do naświetlań przeszłam, a mianowicie został mi przydzielony mój własny podgłówek - dość twarda, woskowa podusia; a także wykonano na mojej klacie odlotowe tatuaże.
Pan tatuażysta nie wspiął się może na wyżyny kreatywności, postawił raczej na minimalizm, i tak oto zostałam przyozdobiona w cztery kropki. Wyznaczają one obszar do przypiekania. 

Co u mnie?
Wiodę życie cudownie domowe i leniwe, jestem leń patentowany, więc bardzo mi to na rękę. 
Oddycham, myślę, jestem. 
Od czasu do czasu wyprowadzę się na spacer sama bądź w towarzystwie. 
Ludzie, czemu się tak na mnie patrzycie? Nie patrzcie się tak natarczywie, bo to nieładnie.

Jak widzicie, chorowanie moje dobiega końca - ileż można. Za naukę trzeba się wziąć.
W październiku startuję po raz trzeci na studia, kierunek "filologia polska jak się dostanę dziennie". Ażeby się dostać na wymarzony kierunek, 3 czerwca piszę sobie maturę rozszerzoną z języka ojczystego. Nie, nie uczę się, bo nie mam czasu. Lenistwo uszczęśliwia. Praca ponoć uszlachetnia, ale ja tam nie wiem dokładnie o co w tym chodzi. 


Jeżeli macie jakieś pytania, niezwłocznie je zadajcie.

Jeżeli chcecie zaprosić mnie na piwo, niezwłocznie mnie zaproście. 

Tymczasem życzę dobrej nocy i oczywiście zreasumuję sztampowo: DO BOJU!!!


P.S. Na koniec kilka zdjęć, kilka dobrych chwil.






Najdroższe mojemu sercu miejsce. Miejsce, w którym zawsze chce się krzyczeć 'Trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną!'. Mefistofeles zagarnąłby moją duszę już milion razy. Polecam wspaniałą lekturę 'Fausta' Goethego.


A to dzisiaj zmalowałam. Jeżeli ktoś rzuci, że to Jezus, to mówię, że owszem, Jezus polskiego bluesa. 


Cześć i czołem!


 

środa, 8 maja 2013

Mama, I'm coming home...

Witam wszystkich czytelników!
6 maja udało mi się opuścić szpital, po blisko pół roku intensywnego leczenia obrzydliwą chemią. 
Bardzo długo nie wrzucałam żadnego posta z prostej przyczyny - psyche powiedziała "dość!".
Niestety, pomimo jak największych starań, okazało się, że jestem tylko człowiekiem. 
Ból, tęsknota za bliskimi, poczucie odizolowania i zamknięcia sprawiły, że wojownicza natura powoli gasła, by wijąc się w konwulsjach, zgasnąć. 
Na szczęście dzięki dobrym wynikom i mojej pani dr prowadzącej, wyszłam w idealnym momencie, szybko znalazłam się u swojego lekarza psychiatry, a teraz dochodzę do siebie i wypoczywam, bo szpital wycisnął ze mnie wszystkie siły.

"Here I come , But I ain't the same..."

Oczywiście walka toczy się dalej! 
Niebawem przyjmę ostatni raz koleżankę Mabtherę i będę miała wykonaną tomografię komputerową. Wtedy zobaczymy jak cała seria rakiet zniszczyła chłoniaczka.

Teraz cieszę się wspaniałym powietrzem, oddycham, żyję i czuję jak się powoli odradzam.
Wszystkim, którzy wspierali mnie w trudnych chwilach, dziękuję. Za dobrą energię, dobre słowa, dobre kopniaki :) 

I nie myślcie sobie, że ta historia się smutno kończy, bo zasadniczo to humor mi już wraca, a jeszcze tyle atrakcji przede mną, m.in. radioterapia- solarium za darmo, intensywnie, pięknie i rumiano.
Już czuję swąd pieczonego chłoniaka. Sezon na grillowanie czas zacząć! 


Pozdrawiam wszystkich baaaaaaaaaaaaaardzo mocno i powracam do słodkiego lenistwa!

p.s Kupię jałowe powietrze! pilnie! iiii z tego miejsca pozdrawiam Maćka! 

p.s 2 MAAAAAARTUSIA TĘSKNIĘ!!! KAPSLE CZEKAJĄ!!!

p.s 3 Kocham moją Mamę najbardziej na świecie!!!!!! Mama ma moc!!!!




 

czwartek, 25 kwietnia 2013

Nikt nie mówił, że będzie łatwo

Witam po kolejnej długiej przerwie wszystkich wojowników.
Cóż mam na swoją obronę? Ano nic chyba właściwie.
Drinkowanie przebiegało w krainie morfiny - sami rozumiecie - trochę inny świat.
Niestety wyniszczony organizm łatwo poddawał się silnym bólom, przy których zwyczajnie napisanie takiego oto posta, było dla mnie awykonalne. Wybaczycie? Musicie wybaczyć, bo dla Was- DLA NAS wszystkich zacisnęłam zęby i przetrwałam ją! Pokonałam cały GMALL. Caluteńki intensywny oraz agresywny rodzaj leczenia. Ja - chuchro w marnym wydaniu. UDAŁO SIĘ.
Gdyby tu był Piotruś Pan, to ze szczęścia byśmy się poobijali o ściany! A tak to sama się obijam :)

To nie ostatnia wspaniała wiadomość, w sobotę 20 kwietnia moja Martusia Ostra Białaczka Szpikowa została przeszczepiona :) Miałyśmy to szczęście, że leżałyśmy cały czas razem. Mam nawet zdjęcie z pustym już pojemniczkiem po 'nowym życiu' Marci, ale kiedyż ja je otrzymam, to doprawdy nie wiem. Aby uświadomić ludzi nieświadomych sam przeszczep trwał może 20 minut, zleciał sobie kropłówką wprost do Martusiowych żył i dał jej szansę na całkowicie normalne życie, szansę na zdrowie. Był to dla nas cudowny dzień - sen się w końcu ziścił. Z tego wariactwa postanowilyśmy oddać trochę jedzenia naszym rodzinom, bo zrodziła się w mojej głowię myśl, że pewnej niepozornej nocy przeleżałe jedzenie może dostać rąk i nóg i nas zwyczajnie pożreć.
To by było żałosne: była sobie Martyna chora na chłoniaka, a zjadł ją 7days.

Cudownie wiedzieć, że ludzie z OIOHU wychodzą i nie jest to bynajmniej czczą legendą. Chciałabym serdecznie pozdrowić Cezarego i Maćka, dalej się nie poznaliśmy, ale mam nadzieję, że śledzicie mojego bloga ;) i mamę Cezarego pozdrawiam! Nie gniewajcie się, że nie odpisuję gęsto i często na komentarze, ale ja po tej chemii jestem świr totalny. Ja też za tydzień, mam nadzieję, wyjdę. Potem za jakiś czas Marta from Canada ze szpikiem, którego oryginalnie nazwała Marta, hahaha. A potem to już pamiętajcie: sterylna mega impreza i bez wykrętów! :)
I niech nam zazdroszczą, żeśmy tacy jałowi ;)

 Kochani, Kochani, mamy godzinę wspaniałą 1, zjadłam chyba za dużo biszkopcików. 
Zeszłej nocy dostałam ostrej gorączki, bo 39 stopni, a i telepało mną jak osiką na wietrze.
Niestety kiepsko znoszę gorączki, majaczyłam trochę mojemu Patrykowi do telefonu, ale nie różniło się to bardzo od normalnego gadania, bo nie zwrócił uwagi. A no i okazało się, że mój termometr owszem działa - wtedy, kiedy jest gorączka. Cały czas posądzałam go o niedziałanie. Trzeba będzie się przeprosić. Dzisiaj z rana niestety też wysoka gorączka i straszne dreszcze, okropnie szczękałam zębami, zrobiono mi posiew, dostałam pyralginę, dwa antybiotyki i od tamtej pory na morzu jest cicho i spokojnie,
W ramach przyjemnych niespodzianek, przetoczono mi dzisiaj dwa worki krwi, za co bardzo dziękuję wszystkim dawcom, bo łaziłam już, mam wrażenie, po ścianach, a słaniałam się po podłogach, parę razy zdarzyło się upaść. 100krotne dzięki, jesteście wspaniali! Oby więcej takich ludzi!
Tym samym zachęcam oczywiście do oddawania krwi, płytek, komórek macierzystych, osocza - to absolutnie nic nie boli, przysięgam na mojego chłoniaka. I zostańcie dawcą szpiku. Zobaczcie, jak cudownie poszczęściło się mojej Marcie- odnalazła swojego bliźniaka genetycznego, dzięki któremu może żyć! Nie chcielibyście móc przekazać tak bezcenny dar swojemu bliźniaczemu rodzeństwu?
To jest taki niewielki gest pod względem ilości włożonego wysiłku, a tak OGROMNY w skutkach.
To dobro powinno wciąż płynąć dalej i dalej... Armio, działajcie, nie stójcie, nie patrzcie, a działajcie.


A co do moich wyników, to jestem nieco w dołku, ale tylko dlatego, żeby z niego wyjść i móc ruszyć po półroku konkretnego szpitalingu, do domu. Do wszystkich wspaniałości tego świata.
Przypominam więc, że już mogę powiedzieć, że Martyna Pierwotny Chłoniak Śródpiersia przyjęła na siebie 6 bomb atomowych GMALLA i ŻYJE, co więcej, czuje się nieźle. Teraz poczekajmy tylko, aż moja dr prowadząca wróci z urlopu (nastąpi to w poniedziałek) i będziemy ustalać tomografię komputerową, która pokaże nam, jak się miewa zwierz mój udomowiony chłoniak. Może nie ma go już wcale, a my wciąż się nim zajmujemy :) Ja jednak obstawiam, że lymphomka będzie do dopalenia czyli darmowe solarium na radioterapii. Dobrze, rumieńców złapię ;)

Kończę ten uroczy post, jednak nocami piszę mi się najlepiej, ściskam wszystkich mocno i pozdrawiam, Wojownicy, korzystać z tej wiosny! ja czuję jak się odradzam nawet przez sterylne ściany i okna, magia jakaś!


P.S. Czarna dzisiaj próbowała mnie edukować w zakresie wiedzy o pozycji w jakiej pacjent powinien przebywać do otrzymywania leków, chciałabym zauważyć, że to jedyna mądralińska, która wpadła na coś takiego. W dodatku każe się przysuwać niebezpiecznie blisko tak, że muszę wstrzymywać oddech, aby przeżyć. Innym siostrom nie przeszkadza, że leżę czy drzemię czy siedzę przy komputerze. Ale nie. Czarna zawsze znajdzie powód do mądrzenia się. Potraktowałam ją jednym z tych spojrzeń, w których wiecie, litujecie się nad osobą, spalającą świetny dowcip. Właściwie od jakiegoś czasu raczę ją tym spojrzeniem. A dzisiaj jeszcze dorzuciłam wymowne YHY i... zajęłam się komputerem :) Bidusia pewnie mało dziś zjadła to i odgryźć się chciała. 
Podjęła potem mały odwet, jak to ona, i zostawiła mi cały zakrwawiony opatrunek, mimo moich upominań. Ale na szczęście są sprytniejsze od niej i zajęła się tym po 5 minutach kochana siostra Danusia, powiadając co chwila "o matko". Nie sprzedałam jednak Czarnej, bo wieprzowina słabo teraz stoi. 



To by było na tyle, trzymajcie się cieplutko i korzystajcie z cudownego życia, ja niedługo wracam do gry! Do BOJU!!!