wtorek, 13 maja 2014

Remisja, ból, hipokryzja

Cześć i czołem, Czytacze!
Na początek informacja, którą większość osób już zna: u Martyny stwierdza się całkowitą remisję choroby. 
Pierwszy raz otrzymałam takie zaświadczenie na papierze - do tej pory właściwie nie wiedziałam na czym stoję i czy stoję. Teraz pozostaje mi tylko wyleczyć upartą mykobakteriozę, która okupuje moje płuca i w końcu będę całkowicie zdrowa. Jakiś czas temu byłam w Wellness&SPA na Banacha i pstryknęłam sobie fotkę swojej klaty, żeby ocenić czy kuracja przeciwgruźlicza działa. Okazuje się, że w porównaniu z poprzednim badaniem, zmiany pomniejszyły się. Czyli gra. Jeszcze tylko rok obciążania wątroby i schluss!
Martusia mówiła "Uda się. Musi się udać" - udało się, ale miało być inaczej.

Jak wspominałam  w poprzednim poście, dzisiaj chciałabym zająć się zagadnieniem bólu w chorobie nowotworowej.
Ciekawi mnie, jaki ból uważacie za gorszy? Psychiczny czy fizyczny? Część bez zastanowienia odpowie, że psychiczny, bo na to nie ma remedium. 
W trakcie choroby nowotworowej i leczenia, ból jest niestety nieodłącznym elementem. 
Po pierwszej chemii ból głowy, szczęki, pleców był nie do wytrzymania. Pozbawił mnie zupełnie siły. Jedyne, o czym myślałam w tamtej chwili to to, żeby się skończył - usnąć, zemdleć, umrzeć - wszystko jedno, byle przestało boleć. Tak jest. Ta sama ja pisze później na blogu o cierpieniu, które uczy mnie pokory. Po kolejnych chemicznych torpedach moje stanowisko całkowicie się odmieniło.
Ból nie uczy pokory. Ci, którzy sądzą, że oczyszczą się poprzez zadawanie sobie cierpienia, są w wielkim błędzie. Nie ma powodu, dla którego powinniśmy się krzyżować. Nie musimy oddawać siebie na ofiarę. Nikt nie zasługuje na cierpienie. 
Tori Amos w cudownej piosence pyta się "Why do we crucify ourselves?" No właśnie - dlaczego sami siebie krzyżujemy?
Miesiące bólu nie nauczyły mnie niczego, za to doprowadziły moją psyche do opłakanego stanu. 
To jest takie cholerne koło: cierpisz fizycznie, to pada Ci psychika, a kiedy padnie psychika, to organizm nie ma siły się bronić.
Ja już przed chorobą borykałam się z zaburzeniami lękowymi. Wówczas leczyłam się 20-miligramową dawką Parogenu czyli dość popularnego antydepresantu. Gdy w maju opuściłam szpital po izolacji, psychiatra stwierdził u mnie głęboką depresję  i zalecił leczenie 60-mg dawką paroksetyny. 
Kochani Czytacze, to, co widzieliście na blogu było jakąś jedną dziesiątą tego, co się działo u mnie. Posty pisałam tylko wtedy, gdy miałam na to siłę. 
Na początku leczenia bałam się prosić o leki przeciwbólowe, jak większość pacjentów, w obawie przed tym czy nie zostanę przypadkiem nazwana lekomanką. 
Później stwierdziłam, że ani myślę cierpieć, bo choroba nie jest karą za doczesne uczynki. Nie będę pokutować. 
Ponieważ po chemii cierpiałam na okropne bóle głowy, poprosiłam moją lekarz o wpisanie mi leków przeciwbólowych na tzw. zlecenie czyli w razie gdybym cierpiała, pielęgniarki nie muszą wzywać lekarza i pytać czy mogą mi coś podać, tylko podają to z marszu.
Z marszu często przedłużało się do paru godzin. Testowałam różne leki: paracetamol, pyralginę, ketonal, dolargan, tramal, plastry przeciwbólowe, morfinę. 
Pod koniec leczenia bóle były na tyle silne, że cały czas miałam przyklejony plaster i codziennie wieczorem dostawałam morfinę.
Każdy obawia się, że się uzależni, ale, wierzcie mi, nie tak łatwo się uzależnić. 
Ja się nie uzależniłam od leków przeciwbólowych, ale uzależniłam się od środków uspokajających - Lorazepamu. Codziennie zażywałam przynajmniej trzy tabletki 2,5-miligramowe Lorafenu. 
Cały ten rok walczyłam z tym i udało się, a nie było łatwo, bo miewałam klasyczne napady głodu, kiedy zaciskały mi się mięśnie, gardło, ręce trzęsły, miałam płytki oddech, oblewał mnie zimny pot i wpadałam w histerię. 
Jeżeli ktoś z Was cierpi na taki problem, to proście swoich psychiatrów o dokładne rozpisanie, jak schodzić z leku. Jeżeli to nie pomoże, to najprościej załatwić to detoksem w szpitalu.
Ból w chorobie nowotworowej z łatwością wpędzi Was w przekonanie, że nie warto walczyć. Przysłoni zupełnie zdrowe myślenie. Będziecie uważali, że śmierć będzie lepszym rozwiązaniem.
Ale to ból przez Was będzie przemawiał, dlatego apeluję - porzućcie go i proście lekarza o zabezpieczenie przeciwbólowe. Macie do tego pełne prawo. 
Ból jest objawem, który się leczy!
Opieka paliatywna jest bardzo ważna w chorobie. Komfort życia daje nam siłę do walki. 
Kiedy ja cierpiałam, zachowywałam się jak dzikie zwierzę w potrzasku. Mogłam tylko skomleć, nie potrafiłam się bronić. Wtedy choroba ma otwarte drzwi do naszego organizmu. Ból uszlachetnia, ale ja wobec tego wolę być plebsem. 
Nie cierpcie dla poczucia uszlachetnienia - nie warto. I nie pozwólcie, by cierpieli Wasi bliscy. 





A teraz pozwólcie, że przejdę do innego tematu, a mianowicie - hipokryzji.
Ostatnio odnoszę wrażenie, że jest to jakaś zaraza wśród ludzi. Jeden na drugiego kichnie i bach! idzie dalej. Obserwuje zagrywki różnych fundacji i im głębiej w to wsiąkam, tym bardziej zaczyna mnie przerażać, jak każda kopie pod sobą dołki. Wszyscy zapominają, że mają jeden cel. 
A ludzie? Połowa to oportuniści, którzy się dopasują do każdej sytuacji. Jak surowe jajko, które przybierze kształt naczynia, w którym się znajduje. Elastyczność jest łatwa. 
W środowisku "pomagaczy" trudno teraz komukolwiek zaufać. Wiele osób gra nieuczciwie. 
I to wazeliniarstwo na każdym kroku. Niektórzy, za przeproszeniem, w tyłek sobie wchodzą, żeby osiągać z tego profity, a coś takiego jak własne zdanie wydaje się być mglistym wspomnieniem.
No ale, drogi Czytaczu, albo będziesz przysłowiowym lizodupem albo Cię lud zlinczuje. 
Ktoś mądry powiedział, że jeśli mowa jest srebrem, a milczenie złotem, to słuchanie jest platyną.
Zatem, mili moi, przede wszystkim nastawiajmy uszu i słuchajmy.
Ja, naturalnie, chętnie wystawiam się na lincze zewsząd. Takie konsekwencje grafomaństwa.
A propos linczowania. Wczoraj udałam się na kontrolę do pulmonologa. Wpadam zziajana i pytam się szanownych matron zajmujących wraz z torbami wszystkie siedziska, która z nich posiada numer 9, ponieważ ja mam numerek 10.
Przygłucha przywódczyni głosem pełnym wyższości odpowiada, że nikt nie ma takiego numerku, ale mam czekać na sam koniec, bo one pierwsze wchodzą.
Odpowiadam kulturalnie, że ja mam numer 10, więc wchodzę po 9, tak jak wskazuję królowa nauk - matematyka. Na co, przemiłe BABSKO rzecze, że ją to nic nie obchodzi, bo ona jest lekarzem i jej się należy. Ponieważ z natury jestem choleryczką, to macham jej przed nosem kartką, z zapisanym wołami numerem 10 i powtarzam jak najwyraźniej, która z nich ma numer 9. no i bach! okazuje się, że w istocie żadna, bo numer 9 jest właśnie w gabinecie. Odpowiadam, że w takim razie teraz moja kolej. Szanowna emerytka natychmiast oponuje, bo ona tu siedzi od rana, a ja dopiero co przyszłam. Więc zapytuje ponownie, jaki ma pani numerek (w głowie złośliwy chochlik podpowiada mi krwawe rozwiązania). I kolejny zonk. Pani ma numer 11, ale zdzierżyć nie może, że ja taka młoda i taka ewidentnie zdrowa wejdę do gabinetu przed nią.
Po podsumowaniu mojej osoby, że nie mam szacunku do starszych i powinnam się wstydzić oraz mojej niewzruszonej reakcji, łaskawie oznajmia, żebym sobie wchodziła, i żeby DOBRE SŁOWO mnie prowadziło. Wierzcie mi, że zabrzmiało to tak, jakby nazajutrz co najmniej miał mnie trzasnąć piorun. Wspaniałomyślna pani dalej złorzeczyła pod nosem, gdy wchodziłam poprawnie wedle numeru do gabinetu, a mnie korciło tylko, żeby jej puścić oczko. Taka jestem filutka.
Dzięki opatrzności, że moja wspaniała Babunia jest zupełnym przeciwieństwem tej kobiety.

Takie właśnie atrakcje serwują nam szpitale.
Cześć i czołem.

Do boju, Wojownicy!