poniedziałek, 17 lutego 2014

żal

Myśląc o dniach minionych, każdą chwilę pomnę:
Tę, co boleśnie rani, i tę, która koi.
Przed żadnym swoim błędem czy cnotą podwoi
Nie zamykam. Niech będą obecne, przytomne.
 

Dzień krótki jest, niepewny; siły zbyt ułomne;
Sen łudzi; sława kłamie; miłość żółcią poi.
Nic nie wyrzucam sobie! Chwile ciszy skromne
Ból twardy okupiły czarem łaski swojej.

Nie cofnę żadnej myśli swej. Żadnego kroku
Nie odwołam. Przeżyłem możliwość. W potoku
Światła-m się kąpał, byłem na górach mądrości

Lecz są noce podniosłe, cudne, nienaganne,
Kiedy duszę otacza piękno tak otchłanne,
Że żałuje się wtedy całej swej przeszłości. 



Leopold Staff, Żal.

Wielu rzeczy żałujecie? Ja nie cofnę żadnej myśli swej. Pewnie masa osób mnie za to nie lubi. Za to, że nie cofam myśli właśnie. 
Jeżeli jakiś śmiałek mnie oskarży o patos, to go osobiście znieważę! 

Dobry wieczór, miła garstko Czytaczy.
Czy wiecie jak wygląda przeciętny dzień posiadacza mycobakterium i innych stworzeń? 

Wstawaj. Musisz się obudzić. Musisz wziąć leki. Wstajesz. Potrząsasz opakowaniem. Pyk! Pyk! Pyk! Trzy tabletki lądują na dłoni. Hop! do buzi. Przełykasz. Popijasz. Potrząsasz. Raz! Dwa! Trzy! Znowu lot medykamentów. Przełykasz. Krzywisz się. Popijasz. Skończyła się herbata, psiakrew! Na szczęście obok stoi druga. Jesteś tancerzem flamenco. Wybijasz rytm kastanietami. Ram-pam-pam! Kolejne tabletki. Łyczek herbatki. Już nie możesz. A zostały jeszcze dwie. 

Idziesz spać znowu. Smacznie. 

Wstawaj. Musisz zjeść śniadanie po lekach. 
Nie przemęczaj się, nie przemęczaj się, nie przemęczaj się.
Gdzie idziesz? Nie wychodź. Przecież nie możesz się przemęczać.
A może coś zjesz? Nic nie jesz. Od 15 minut co najmniej. 
Dlaczego nie zjadłaś? Chcesz być chora? Musisz jeść, żeby być zdrowa.
Nic dziwnego, że nie masz siły, przecież nic nie jesz. 
Co z tego, że chce ci się wymiotować po lekach. Masz jeść, bo zasłabniesz.
Siedzisz i nic nie robisz.
Miałaś się nie przemęczać.
Czemu tak długo cię nie było? Mogłaś zemdleć. 
Przecież wiesz, że się martwię.
Gdzie jest twój rozum? Jesteś żałosna.
W ogóle o siebie nie dbasz. Głupia jesteś.
Żadnego alkoholu masz nie pić. Nie wolno ci. Przecież chcesz być zdrowa?
Nie chcesz? To rób sobie, co chcesz. 
Piłaś?
Chuchnij.
Przecież masz prawie 22 lata. 
Jak tak będziesz się zachowywać, to nigdy nie wyzdrowiejesz. 
Jesteś egoistką. Przecież to z troski.
Powinnaś zrozumieć.
Powinnaś zrozumieć.
Powinnaś zrozumieć. 




Muszę przyznać, że notorycznie wymuszane jest na mnie rozumienie troski. 
Muszę przyznać, że od 1,5 roku ani jedna osoba nie próbowała zrozumieć mnie.
Muszę przyznać, że rozdrażnienie moi w tej kwestii przekroczyło już subtelną granicę. 

Chciałoby się rzec dajta mnie wszyscy spokój. 
Zamiast tego: dajta żyć!

Dostajesz drugie życie, snujesz plany o niekończących się imprezach, wyciskaniu chwil jak owoców. 
Nie przypuszczasz, że wraz z tym życiem, zostaniesz uwięziony w młodo wyglądającym ciele, z narządami 80-latka. No ja nie wiedziałam, że tak będzie. Nikt mię nie powiedział. 


PS  za ten wpis będę mieć sowity przypał, jak mawia młodzież. 
nie bójcie się, ten nastrój jest chwylowy.
buziaczki!





 



wtorek, 28 stycznia 2014

Galopujące suchoty?

Znowu pudło. Galopujące suchoty zostawmy powieściom wiktoriańskim.
Nie będziemy jednak odbiegać za daleko. W końcu, po paru miesiącach, wyjaśniło się, co mi w klacie siedzi.
Otóż mycobacterium, drodzy Czytacze. 
Od września, a może i dłużej, podjada płucka moje marne, choroba zwana mykobakteriozą.
Wywoływana jest przez prątki inne niż prątki gruźlicy.

 Mykobakteriozy to grupa chorób wywołanych
przez tak zwane prątki niegruźlicze (NTM, non
tuberculosis mycobacteria), określane także jako
MOTT (mycobacteria other than tuberculosis) lub
atypowe. Drobnoustroje te są szeroko rozpowszechnione
w środowisku, występują licznie
w otwartych zbiornikach wodnych, wodzie wodociągowej
(np. w osadach kranowych), a także w glebie.


 Dlaczego ja?

Dotyczy to przede wszystkim
pacjentów z wtórnymi niedoborami odporności,
na przykład zakażonych HIV, leczonych immunosupresyjnie
(nowotwory, przeszczepienie narządów,
przewlekłe choroby zapalne z autoagresji),
a także leczonych lekami biologicznymi (antagonistami
czynnika martwicy nowotworu [TNF, tumor
necrosis factor])

I znowu mamy cudowny skutek uboczny chemioterapii.
Leczenie mykobakteriozy trwa dłużej niż leczenie gruźlicy. Moje leczenie ma trwać 15 miesięcy.
15 miesięcy dbania o siebie, niepicia alkoholu i oszczędzania wątroby najbardziej, jak się da.
Bo leki na mycobacterium także mają skutki uboczne. Całą masę. Niszczą wątrobę, wzrok. Odnotowano przypadek całkowitej ślepoty. Śmierci też się zdarzały. 

Ja liczę, że nie oślepnę, bo i tak jestem ślepa jak przysłowiowy kret. 
I liczę na to, że moja wątróbka jakoś wytrzyma te medykamenty. 
Codziennie rano 6 kapsułek muszę zjeść. Smacznego. 
Za 3 miesiące odlotowa bronchoskopia, ażeby ocenić postępy leczenia. 
Za dwa tygodnie kontrola krwi.
Co jakiś czas kontrola okulistyczna. 

Cieszę się, że nie będę musiała przebywać w szpitalu. Na szczęście mogę leczyć się ambulatoryjnie, bo mycobacterium nie jest zaraźliwe. 

Hip, hip, hurra!

Moje życie to będzie leczenie skutków ubocznych chemioterapii ;) 
Ale się żyje!


Dobrej nocy wszystkim życzę,
dzięki za miłe słowa, 
kochani jesteście, Czytacze. 

Do boju, Wojownicy




PS A w czerwcu ja, chłoniak i mycobacterium ruszamy na koncert Erica Claptona. 
Dzięki uprzejmości Mamy mojej. Dzię-ku-je-my! 

 
 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

może jednak gruźlica?

Witam ciepło w mroźny dzień!
Dzisiaj udałam się do mojej ulubionej krainy, mieszczącej się przy Banacha 1a.
Brzuszne wnętrzności, jak wykazała tomografia, są czyste, żadnych powiększonych węzłów chłonnych.
Odwiedziłam panią pulmonolog i okazało się, że z moich bronchoskopowych popłuczyn, udało się wyhodować bakterię. Wysoce prawdopodobne, że to gruźlica. Jestem w grupie wysokiego ryzyka, jeśli chodzi o zapadalność na tę chorobę, bo: jestem bardzo szczupła (szczupła, nie chuda, po kroćset!), mam wyjałowiony organizm, przeszłam chemioterapię, radioterapię i sterydoterapię. 

Także, moi mili Czytelnicy, jeżeli myślicie, że jest źle, to zawsze może być gorzej ;)
Powtarzam to sobie już parę dobrych lat i widzicie, jakie mam szczęście! ;)

Jeżeli okaże się, że to inna bakteria, to będę się leczyła przez poradnię pulmonologiczną, natomiast jeśli to faktycznie gruźlica, to "buenos aires", jak mawiał Siara Siarzewski w naszym rodzimym Kilerze. 
Kolejne pół roku wyjęte z życia - 2 miesiące w szpitalu w Otwocku i 4 miesiące w domu. 
To tylko jeden z możliwych scenariuszy.
Może się też okazać, że będę musiała położyć się wraz z moją klatą piersiową na torakochirurgii w celu wypatroszenia mnie, tj. wycięcia zmian z płuc, aby ponownie (który to już raz?) je przebadać. 

Oczywiście poczłapałam również do Doktora Odlotowego, coby się odlotowymi wiadomościami pochwalić.
Zostałam uraczona dwoma żarcikami:

Przychodzi żaba do onkologa.
-Doktorze, proszę mnie wyleczyć!
- ale jak to?! - dziwi się lekarz - przecież ja nie leczę zwierząt, tylko ludzi.
- A raka wyleczyłeś - odpowiada wzburzona żaba. 


Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie. Lekarz pyta:
- Co pani jest?
A baba na to:
- Dziekanat. 


Uśmialiśmy się kapitalnie!

Spotkałam dzisiaj także kochanego Księdza, który mnie poznał! "O, Małtyna, napławdę dobrze wyglądasz!"
Oraz miłą Panią Salową "-dzień dobry, nie poznaje mnie pani? -a nie, mamę poznaję, ale ciebie to nie. -to ja, Martyna, tylko z włosami trochę inaczej wyglądam. -a to peruczka? - a nie, moje własne."

Tym miłym akcentem kończę i życzę wszystkim dobrej nocy.
Trzymajcie kciuki, żeby jakimś cudem to nie była gruźlica.

Do boju!







niedziela, 19 stycznia 2014

naucz się żyć

Czytacze drodzy,
 jak widzicie wspięłam się na wyżyny swojej domniemanej kreatywności i zafundowałam sobie wielkie zmiany blogowe. Mam nadzieję, że się podoba. 
U mnie bida piszczy. Tomografie jamy brzusznej już popełniłam. Było bardzo miło, kontrast smaczny.
Przy okazji będąc na Banacha, postanowiłam pospacerować sobie na piętro IV, dobrze mi znanego bloku D, w poszukiwaniu Doktora Odlotowego. Zastałam, więc przywitałam się słowami "byłam w okolicy, to pomyślałam, że wpadnę". Doktor zacieszył facjatę niezmiernie (pozdrowienia, Doktorze). Okazało się, że są wyniki powtórnego badania moich fifraków i popłuczyn z klaty. Nic nie znaleziono, a ponadto część komórek była zbyt wysuszona, żeby stwierdzić ich charakter.
Jednak można zacząć sie cofać, jeżeli chodzi o diagnozy. 
Jutro odbieram wyniki tomografii i idę w odwiedziny do pani pulmonolog. Ciekawe jak gra dalej się potoczy. Planuję też iść po skierowanie na PET do Doktora Odlotowego (uprasza się o wstawienie wody na herbatę).


Jakiś czas temu odwiedzałam koleżankę w Centrum Onkologii. Choruje na to samo, co ja i jest identycznie leczona. Nawiązała ze mną kontakt poprzez bloga, co daje mi nadzieję, że na coś się przydaje to, co piszę. 
To bardzo dzielna dziewczyna i tylko patrzeć, jak będzie śmigała zdrowiutka z bujną fryzurką. Tego Ci życzę, Oleńko. 
Bardzo spodobało mi się Centrum Onkologii, jest tam przyjaźniej niż na Banacha. 

Jeżeli ktoś z Was potrzebuje nutridrinków, to proszę o pisanie do mnie, chętnie obdaruję osoby, które z jakiś przyczyn, mają problemy z jedzeniem.

Żeby każdy miał świadomość, w jakim celu się pije nutridrinki, to:
  1. Zapobieganie lub leczenie niedożywienia w przypadkach takich jak:
    • choroby nowotworowe,
    • przed zabiegami operacyjnymi i po nich,
    • brak apetytu o różnej etiologii (dzieci, osoby w wieku podeszłym),
    • zaburzenia żucia i połykania,
    • mukowiscydoza,
    • okres rekonwalescencji,
    • jadłowstręt psychiczny.
  2. Przygotowanie do zabiegów diagnostycznych i operacyjnych na przewodzie pokarmowym
Mogę się nimi z Wami podzielić, dzięki cudownym Darczyńcom, przez których zostałam obdarowana tym pożywnym napojem, a sama nie jestem w stanie wszystkiego wypić. Bardzo dziękuję Kochanym Darczyńcom, buziaków stos dla Was i ukłony :)
 
Tymczasem kończę ten wpis i zabieram się do nauki, bo w końcu nadeszła upragniona SESJA, czyli czas studenckiego zamieszania.
 
Nawiązując do tytułu, nie traćcie czasu na głupie rozterki, tylko żyjcie i łapcie każdą chwilę. 
Jak śpiewała nasza rodaczka, Anna Jantar: To, co mam, to radość najpiękniejszych lat. To, co mam, to serce, które jeszcze na wszystko stać... To wiara, że naprawdę umiem żyć.
 
I takiej wiary życzę Wam wszystkim.
Do boju!
 
 


sobota, 4 stycznia 2014

bez remisji

Mrok na schodach. Pustka w domu
Nie pomoże nikt nikomu.
Ślady twoje śnieg zaprószył.
Żal się w śniegu zawieruszył.

Trzeba teraz w śnieg uwierzyć
I tym śniegiem się ośnieżyć -
I ocienić się tym cieniem
I pomilczeć tym milczeniem.




Miło rozpocząć post Leśmianem. 
Dzień dobry.
Musimy trochę wysilić umysł i przypomnieć sobie na czym to żeśmy skończyli.
Dawno, dawno temu napisałam, że czekam na wyniki badań histopatologicznych.
Wynik był wspaniały: komórek atypowych nie znaleziono. 
Do czasu. Dr jakże Odlotowy zalecił tomografię klaty. Miała być z kontrastem, ale mogłam jeno obejść się smaczkiem - z nieznanych mi powodów.
Jak to bywa w magicznym świecie ludzi schorowanych, w klacie zawsze się coś znajdzie. Zwłaszcza w mojej. Byłabym zdziwiona, gdyby było czysto.  To mamy zmiany guzkowate. Śmiesznie to wygląda, jak ziarnica złośliwa, ale to już wykluczyliśmy na wstępie. Niech już zostanie ten chłoniak. Nie będziemy przecie zmieniać chorób jak rękawiczek. To się nie godzi. 
Dr Odlotowy pokazuje na tzw. kominku radiologicznym zdjęcie klaty, gdzie radiolodzy jednogłośnie stwierdzają gruźlicę. Moje wywody i wątpliwości, co do gruźlicy właśnie, odbijają się smutnym echem od dra Odlotowego. Doktorze, kiedy ja mówię, że nie mam gruźlicy, to znaczy, że nie mam.
Doktor Odlotowy wysyła mnie do pani pulmonolog. Pani pulmonolog wysyła mnie na bronchoskopię. Należy tu dodać, że pani pulmonolog poszła mi bardzo na rękę, bo teoretycznie powinnam przyjść do szpitala na parę dni i poleżeć w wykrochmalonej pościeli, ale po jednym moim spojrzeniu i oświadczeniu, że niestety nie jestem w stanie zostać w szpitalu, pani pulmonolog ze zrozumieniem załatwia bronchoskopię bez leżakowania. Stokrotne dzięki za wyrozumiałość.
Bronchoskopia part 2 była ODLOTOWA. Lubimy to słowo. Jednak na Banacha są fachowcy. 
Bardzo przyjemny pan doktor Fachowiec znieczulił mi japkę i przełyk psikadełkiem tj lignocainą oczywizda. Buźkę otwieramy, na rozwarty otwór gębowy zakładamy urządzonko, które nie pozwoli nam zamknąć paszczęki. No i jedziemy. W Medicoverze preferowali nosową bronchoskopię, na Banacha stawiają na usteczka. Tym razem nie dławię się wcale, bo pan doktor Fachowiec robi wszystko szybko, zręcznie i ostrożnie. 
Czadersko - myślę sobie - i wybałuszonymi oczyma spoglądam w ekran, ażeby wnętrze swe docenić. Pan doktor Fachowiec włącza coś, co nazwałam odkurzaczem, i sruuu! lecą różne szczątki moje w odkurzaczową otchłań.
5 minut i koniec, rura wyjęta, bronchoskopia odfajkowana. Gapie w postaci studentów rozeszli się.
Czekam jeszcze chwilę na korytarzu, coby znieczulenie przestało działać i schluss. 
A jaki wynik drugiej bronchoskopii? Znowu nic nie znaleziono. Gruźlicy, choć bardzo doktorzy chcieli, też nie ma. Klops. No to się cofamy. W posiewach z Medicover znaleziono jednak bakterię. Dr Odlotowy nie sądzi, żeby ten drobnoustrój wywołał zmiany w płucach. Ale antybiotyk mam.
Ulubiony. Umiłowany jeszcze za czasów OIOHowskich. Augumentin. Martusia też go nie lubiła.
Co dalej? 10 stycznia tomografia jamy brzusznej, bo dr Odlotowemu się przypomniało, że właściwie to nie sprawdziliśmy czy w jamie brzusznej nic nie ma. He he. Jak to mówią, lepiej późno niż później, Doktorze. Zabraliśmy też bloczki z Medicover z wycinkiem - ponownie mają zbadać wycinek patolodzy z Banacha.  Czekamy, czekamy.


Remisji brak. Żeby tylko progresji nie było - tego się kurczowo trzymamy. 

Wszystko w normie czyly. Ruszamy dalej. 

Nie może zabraknąć mojego, kultowego już zresztą, okrzyku:
 DO BOJU!!!


Pozdrawiam :) 
Pierwotny Chłoniak Śródpiersia PMBCL IIbx wg. Ann Arbor - mój kryptonim w świecie medyków. 



 

środa, 27 listopada 2013

Live and let die

Niedziela, 17 listopada 2013 roku, Krotoszyn.
Chłodny listopad, dokładniej opatulam się szalikiem, wiatr huczy mi w uszach.
Trzęsącymi się dłońmi, zapalam znicz. Mam nadzieję, że da Ci ciepło.
Kiedy byłyśmy w szpitalu, przez myśl mi nie przeszło, że w listopadzie będę Cię odwiedzać na cmentarzu. Spoglądam na białą tabliczkę: "Żyła 20 lat" - czy to naprawdę tak się skończyło? 
Chciałabym wyć, wyć do księżyca jak wilk, bo tak rozdzierająca jest ta niesprawiedliwość,
z którą nie umiem się pogodzić. Teraz powracają do mnie tylko flashbacki.

21 marca 2012 roku, szpital na Banacha, OIOH
Leżymy na korytarzu przez jakieś 2 godziny, bo naprawiają coś w pokojach.
Dzieli nas jakieś 8 metrów.

21 marca 11:18
Marta: hej co tam?
Martyna: TEEEEEEEESKNIE!!!!!!!!!!!!!
Marta: no ja teżżżżżżżż:((((
Martyna: Wroc do mnie !!!!!!!!
Marta: Juz ideeeeee
o idzie czaaaarna:)
Martyna: czarna2
ale nie ma to jak oryginał
Marta: o marta!
Martyna: dobrzeeeeee
niezly sklad
agata, marta
Marta: no Agata, Marta
tylko szkoda czarnej
Martyna: no co poradzisz, nie mozna miec wszystkiego
Marta: moze mi opatrunek zmienia?:P
Martyna: popros Martte
Marta: nieee, zaczekam do jutra
Martyna: ale przeciez Cie boli
Marta: ojjj, jak sie nie ruszam to nie
Martyna: hm, no nie wiem, ja bym zmienila
dla pewnosci
Marta: może wieczorem...
Martyna: piszesz coś tam znowu dziś?
Marta: jeszcze klaruje w głowie
a co?
Martyna: no bo czekam az cos napiszesz
pisz pisz jak najwiecej
Marta: no ty też pisz
Martyna: dzisiaj jest dzien odpoczynku, jutro dodam post bo ten teoretycznie jest dzisiejszy, bo jak go wrzucalam to 1 byla
Marta: jaki tu mlyn:)
Martyna: skupic sie nie mozna
jakos tak w pokojach nie slychac w ogole, ze tu tyle sie dzieje
Marta: no dokładnie
my mamy cisze i spokój
Martyna: chce do pokoju
Marta: jak tu jest tak cały czas to ja nie zazdrosze
wgl ale wyzysk młodszych:P
Marte uganiaja po jakies skierowanie
Martyna: noooo
Marta: normalnie chyba nabiore wiecej szacunku do nich
Martyna: ja tez, ale nie do czarnej
Marta: no czarna sie obija, próbuje zamieniac dyzury jaos
Martyna: mysli ze jest szczwana

kiedy dzielił nas metr...
24 marca 19:28
Marta: hej
Martyna: siema!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Marta: dzieki za pizze
Martyna: dzieki za towarzystwo
Marta: dzieki za pogode ducha:)
Martyna: to ja dziekuje, dobra duszyczko:)
Marta: oj, ty moje kochanie...
I kiedy dzieliły nas kilometry...
29 lipca 20:00
Marta:ale ty jestes DROWA!!!!!!!!!!!!!!
ZDROWA
Martyna: nie wiem tego, kochana, nie wiem
wciaz czekam na odpowiedz
zobaczymy jak to wyjdzie
Marta: uda sie, musi sie udac
Martyna: ech miała byc sterylna impreza, pamietasz?
ja Ty Czarek Maciek...
Marta: no...
2 sierpnia 15:56
Martyna: dobrze, na pewno sie okaze, ze na Banacha jak zwykle cos pomylili, jak juz sama bede po PETcie to zabieram sie stamtąd jak najszybciej.
Marta: jasne...i robimy sterylna impreze
Martyna: z Twoją lampą antybakteryjną! Kocham Cię, Przyjaciółko!!!






 Co nas teraz dzieli? Myślę, że już nic.


Nie sądzę, bym uścisnęła losowi dłoń. Ale chyba muszę pozwolić Ci odejść.
Wszyscy jesteśmy chwilami. Wszyscy jesteśmy mgnieniem. Musimy pozwolić sobie odejść. 

"But if this ever-changing world in which we live in
Makes you give in and cry

Say live and let die..."











niedziela, 10 listopada 2013

Jak RAK zmienia ludzi

Jak rak zmienił mnie, jak zmieniła mnie chemioterapia, czy jestem innym człowiekiem?

Dobry wieczór wszystkim.
Jak wiecie, mój PET zaświecił. Konsultowałam się z lekarzami, ale w końcu zastygłam w miejscu, pora była więc wziąć przysłowiową dupę w troki.
Przez ten czas miałam parę incydentów. Zdarzały się dni, kiedy odczuwałam silny ucisk w klatce piersiowej, mocno utrudniający oddychanie. Raz, przestraszona, pognałam z mamą na Banacha, gdzie lekarka moja prowadząca odmówiła przyjęcia mnie, ponieważ, cytuję "nie mam za grosz czasu". Pani doktor Za Grosz Czasu zaleciła bym zgłosiła się z tym na izbę przyjęć lub do swojego lekarza rodzinnego, bo ona, tu ponownie cytuję "nie jestem od tego, jak boli".
No cóż, nie to nie. Nafaszerowana środkami przeciwbólowymi, pognałam na uczelnię, by uciec od chłoniakowych zagwozdek.

Miałam iść się konsultować na płocką, no to poszłam. Jak rok temu. Sławny profesor zaproponował położyć się w szpitalu w celu dalszej diagnostyki. Jak rok temu. Miałam poleżeć w szpitalu, aż wykonają bronchoskopię. Po 1 nocy skapitulowałam i wypisałam się na własne życzenie, potraktowana lekarskimi stwierdzeniami, że jestem chora, chora, a do tego jeszcze chora i powinnam się zachowywać jak człowiek dorosły. BĘC. Jak rok temu. Jakbym nie wiedziała. Ostatecznie jednak dalej uważam się za dziecko, panie doktorze.

Czemu uciekłam?
Człowiek, który nie spędził pół roku życia w szpitalu w izolacji, nie zrozumie tego. Mnie szpital prócz tego, że zniszczył fizycznie, to również psychicznie. W maju, kiedy wyszłam ze szpitala, byłam w głębokiej depresji. Psyche zrujnowana doszczętnie.

Sądziłam, że pewne lęki mam już za sobą, jednak kiedy tylko położyłam się na szpitalnym łóżku, wszystko wróciło. Jakbym nagle się przebudziła w szpitalu na Banacha, jakby pewne ciosy jeszcze nie padły. Ta sama żółta ściana. I ta pewność, że jak spojrzę na łóżko po lewej stronie, to zobaczę tę dziarską postać.
Osobę, która pocieszy, wyjaśni, zrozumie wszystko, absolutnie wszystko - Martę.
A potem zimna świadomość, jestem sama, zostałam tu sama. Na oddziale torakochirurgii, wśród staruszków po laryngektomii, którzy swoje życie poświęcili na wypalaniu tony papierosów. Staruszków świszczących, pozbawionych głosu. Średnia wieku 70 lat. I jedna 21-latka z bagażem onkologicznych przeżyć.
Pobieranie krwi miałam jakieś 1000000000 razy, jest to czynność, która całkowicie mnie nie wzrusza. Mimo to, na płockiej, przy pobieraniu krwi, całkowicie odlatuję. Przytomność odzyskuję dopiero na łóżku.
Psyche znów krzyczy POMOCY!
Dlaczego zemdlałam?
Chyba dlatego, że nagle do mnie dotarło, że TO zaczyna się znowu dziać. TO zwala mnie z nóg.


Widzicie sami, że musiałam wrócić do domu.
Bronchoskopię wykonałam prywatnie w szpitalu Medicover, który wygląda jak czterogwiazdkowy hotel.
Bolesny wydatek około 900 zł. Zapewniam jednak, że mój komfort psychiczny był wart tej ceny.
Kiedy jestem spokojna psychicznie, potrafię znosić fizyczny ból bez mrugnięcia okiem.
Pan docent mógł wykonać bronchoskopię spokojnie i bezproblemowo.

Jak wyglądała moja bronchoskopia?
Pan docent wypsikał mi jamę ustną znieczuleniem, do nosa wstrzyknął mnóstwo lignocainy w maści.
Następnie wprowadził mi do nosa rurkę i dalej przez przełyk dostał się do oskrzeli, by móc pobierać wycinki i inne takie, a przy okazji obejrzeć sobie moje bogate wnętrze za pomocą kamerki.
Pan docent proponował mi, żebym również przyjrzała się, co tam w klacie piszczy, ale dyplomatycznie odmówiłam, kręcąc głową i rurką w nosie.
Zabieg ten trwał około 20-30 minut, powodował spory odruch wymiotny i problemy z oddychaniem (po chwili człowiek się przyzwyczaja), a poza tym, nie był inwazyjny i zdecydowanie wrzucam go do worka zabiegów "do przeżycia". Trochę potem swędziało mnie w gardle, ale poza tym nic, na drugi dzień ruszyłam na uczelnię.

Obecnie czekam na wyniki badań histopatologicznych, prawdopodobnie potrwa to jeszcze jakiś tydzień, może odrobinę dłużej. Nie obawiam się. Właśnie osiągnęłam etap spokoju, zajmuję się codziennymi sprawami, a ów wynik nie spędza mi snu z powiek bynajmniej. Cokolwiek będzie się działo, to wiadomo, że i tak do boju, do boju, do boju! O czym, mam nadzieję, wszyscy wojownicy pamiętają. Bo ja czasami zapominałam.


Ad rem.
Jak RAK zmienia ludzi?
Myślę, że każdego inaczej. Jeżeli chodzi o mnie, to psychicznie choroba zmieniła mnie chyba na lepsze. Nauczyłam się chwytać chwile, wyzbyłam się nieśmiałości, otworzyłam oczy na inne sprawy, które mają znaczenie. RAK uświadomił mnie, jak wiele warte jest życie. Cud...
Sprawił, że staram się pomagać, uświadamiać, nagłaśniać.
Ale na szczęście nie pozbawił mnie wrażliwości.

Fizycznie zniszczył mnie nie tylko RAK, ale i chemioterapia. Mam problemy z sercem, krążeniem.
Błyskawicznie się męczę. Notorycznie trzęsą mi się dłonie. Często spina mi mimowolnie mięśnie.
Im więcej czasu mija od leczenia, tym więcej z tych dolegliwości mija.
Niektóre jednak zostaną na całe życie- ale takie są konsekwencje agresywnego leczenia.
Przed chorobą ważyłam 51 kg. Obecnie ważę 43 kg i niestety mam dalej raczej tendencję do chudnięcia, a nie do tycia.

Włosy. Włosy od samego początku były dla mnie najmniejszym problemem z całej tej sytuacji. Masa osób przeżywa, płacze. Ja nie płakałam, szast prast, włosy zgolone, trudno, w tamtych chwilach liczyło się tylko, żebym przeżyła. Nie było niczego ważniejszego.
Dzisiaj tęsknie za długimi włosami, ale cieszę się, że mam już na głowie całkiem bujną, zawiadacką fryzurę.
Może będę musiała znowu pożegnać się z włosami. I co, włosy odrastają, zdrowie - nie zawsze.
Ja wybieram ŻYCIE.


Przygotowałam trochę zdjęć - etapów. Jak wyglądałam przed leczeniem, jak w trakcie, jak po, a jak teraz.
















 Ostatnie zdjęcie przedstawia mój aktualny wizerunek ;)




No to sztampa!
Do boju!!!